Wczoraj - w trosce o tusz na moich rzęsach - musiałam kilka razy naprawdę szybko zamrugać, taki to był dzień, tacy to są ludzie. Bo jakbym nie zamrugała, to by mi się oczko rozmazało...
He he he, oczko, łapiecie. Oczko. Poczekam, aż ucichną te salwy smiechu.
Chciałam okolicznościowo napisać (refleksyjnie i dramatycznie) o tym, że boję się formułować jakiekolwiek życzenia, że każde z nich może spełnić się w sposób po wielokroć unieszczęśliwiający. Że chcę, żebyś tu została ma szansę się ziścić, jeśli stracisz wszystkie inne miejsca, do których mogłabyś wrócić. Chodzi o to całe ględzenie o tym, jak to cierpieć można, kiedy spełniają się niewłaściwe życzenia. I wszystko to miało być podlane filozoficznym sosem godnym Paulo Coelho.
Już prawie wytłumaczyłam, dlaczego nie życzę sobie być po prostu szczęśliwa, albo umieć nie żądać więcej, niż mogę oczekiwać, dlaczego nie domagam się od spadających ciał niebieskich, bym w końcu zamiast znajdywać , sama została należycie znaleziona...
Ale efekt dramatyczny szlag trafił, bo stanęło na tym, że boję się złych złotych rybek, bo te kurwy naprawdę lubią nam dawać to, czego chcemy.
Więc może jednak dobrze, że permanentnie nie wiem, czego chcę.
sobota, 29 stycznia 2011, zjawa.realna