Dość często widuję się ostatnio z nestorką rodu - ciocią Danką. Ma lat 84, rozkapryszonego, leżącego w łóżku męża i coraz mniej sił. Ciężko mi patrzeć, jak robi się coraz słabsza, bardziej nieporadna, smutna, bo obowiązki i własna niemoc ją powoli przerastają. Po wielu podejściach dała się w końcu namówić na zatrudnienie opiekunki do wujka, którego trzeba myć, obsługiwać i zmieniać mu pieluchy. Traktuję to jako moje małe zwycięstwo, bo Danka zawsze na pytania o pomoc odpowiadała, że dziękuje i papiep***ła sama. Nie dawała sobie chwili wytchnienia - ma dziko zapiekłe poczucie obowiązku i niechęć do zajmowania swoimi problemami innych osób. Kilka razy widziałam ją ze łzami w oczach, bo nie dawała rady ogarnąć wujka, domowych spraw i własnych kłopotów ze zdrowiem. Na szczęście, teraz ktoś jej pomaga. Ciotka narzeka, że w domu jakieś baby jej się panoszą, ale zdecydowanie jest jej łatwiej, chociażby biorąc pod uwagę tylko jej możliwości fizyczne. No bo kto to widział, żeby bardzo starsza pani sama gotowała, obsługiwała, ubierała i za przeproszeniem podcierała tyłek drugiej starszej bezwładnej osobie? I to jeszcze znosząc humory i zmienne nastroje wujka, który wyładowuje swoje frustracjie tylko na niej...
Bardzo, bardzo ją lubię. Chciałabym ten remont skończyć jeszcze na tyle wcześnie, żeby zdążyć z nią pomieszkac w jednym domu (mieszkanie jest w tej samej kamienicy). No bo "time flies", jak to mówią, a jej dni są policzone (kurczę, ależ to okrutnie brzmi, chociaż nie takie są moje intencje przy pisaniu tego zdania). Pomysł z mieszkaniem w centrum, w starej kamienicy pojawił się, kiedy z mamą sprawy się pokomplikowały i taki miałam chytry plan, żeby przenieść się bliżej niej (dosłownie 2 rzuty beretem). Z różnych przyczyn się nie udało. Kiedy remont się w końcu rozkręcił, mamy zabrakło. Nie chciałabym powtarzać scenariusza. Mamy rodzina jest długowieczna - dziadek dożył 91 lat (zmarł na raka, a nie ze starości), babcia żyła 86 lat, wujkowie mają już po 82 lata, ciocia 84, może uda mi się być jakiś czas trochę bliżej niej... Z nią jestem związana najbardziej, może dlatego, że Danka z mamą miały zawsze dobry kontakt i trzymały się razem, a może po prostu dlatego, że ciocia jest po prostu dobrym człowiekiem z sercem na dłoni i mimo wielu ciężkich przejść zawsze tryskała optymizmem, humorem i stoickim spokojem, co mi się udzielało. Chciałabym po prostu się nią nacieszyć, a wiem, że czasu jest coraz mniej...
p.s. zgadałyśmy się z Danką ostatnio o mojej mamie - okazuje się, że mamy to samo: nie ma dnia, żeby mama do nas nie wracała. Ciocia nie potrafi się cały czas pogodzić z jej śmiercią, ja wracam do obrazów bólu i zagubienia, które towarzyszyły mamie w ostatnich dniach jej życia. Trudno nam się z tym jej bezsensownym cierpieniem pogodzić. Ja myśle o mojej mamie kiedy kłądę się spać. Choćbym była nie wiem jak zmęczona, pierwsze co widzę, kiedy zamknę oczy, to ona na szpitalnym łóżku. Mam straszny żal do ... nawet nie wiem do kogo, że taki był jej koniec. 10 lat świadomego cierpienia, fizycznego i psychicznego i, jak wisienka na torcie, ponad miesiąc agonii w przerażeniu i bólu, plus męczarnie na sam koniec. Ten świat nie jest dobrze urządzony, jeśli dobrym, kochającym, dzielnym ludziom pozwala "w nagrodę" tak kończyć życie.
a teraz chyba pójdę do kącika i troche sobie popłaczę, póki widzi mnie tylko pies
wtorek, 21 lutego 2012, angleland