Byłam w mieszkaniu mamy.
Za każdym razem próbuję znaleźć tam jakąś jej cząstkę, ale rzeczy, to tylko rzeczy. Wszystkie zdają się teraz takie bezosobowe. Nawet poduszka przestaje nią pachnieć.
Taka pustka.
Kiedy tam jestem właściwie nie czuję nic. Szukam chociażby tęsknoty, bólu, albo żalu, ale jest tylko chłodny smutek. To jakby zatrzymać film - wiadomo, co już się zdarzyło, wiadomo, co będzie później, ale zatrzymany kadr zamraża wszystkie emocje. Ta pustka otacza mnie na codzień. Myślę o mamie i nie czuję nic.
Zdarza mi się jednak, że ni z tego, ni z owego, kiedy na przykład jadę autobusem, albo gdzieś idę, przypomina mi się jej wymęczona, nieszczęśliwa twarz, jej wołanie "mamusiu, zabierz mnie stąd" i wtedy płaczę. Chciałabym pamiętać ją inaczej, chciałabym żeby umiarała spokojniej, nie w cierpieniu i beze mnie. Właściwie jedyne co teraz czuję, to rozdzierający żal, że musiała się tak męczyć, rozpacz, że tak cierpiała. Nie czuję tak bardzo jej braku, bardziej rozpamiętuję to, jak bardzo musiała się męczyć. Nie wiem, jak to właściwie wyrazić... dręczy mnie myśl, że powinnam byc teraz zrozpaczoną, osieroconą córką czującą stratę, a jestem bardziej współczującą siostrą miłosierdzia, która wie, że nic więcej nie może zrobić. Mam nadzieję, że to normalne i że przejdzie mi z czasem. Kiedy myślę o tym cierpieniu mamy, o jej przerażeniu, niepokoju, splątaniu spowodowanych morfiną czuje fizyczny ból. Te ostatnie tygodnie przed jej odejściem nie dają mi spokoju. Wiem, że o nich nie zapomnę nigdy, ale może już przestały by mnie aż tak boleć?
sobota, 21 maja 2011, angleland