Przewrotność faktów i liczb znów dała o sobie znać. Oto dokładnie rok po magicznych i ziejących grozą siedmiu minutach na Turf Moor Manchester City w kluczowym momencie sezonu znów gromi rywala w sposób podobnie perfekcyjny i kompletny. Pamiętne 6:1 z Burnley i późniejsze 5:1 z Birmingham wprawdzie nie zapobiegły późniejszym porażkom z United i Tottenhamem, które odsunęły nas od Ligi Mistrzów, jednak co pogrom, to pogrom. Bardzo mi brakowało takiego spotkania w tej kampanii Premiership - było 4:0 z Aston Villą, było 4:1 z Fulham, ale stricte pogromu do minionej niedzieli nie uświadczyliśmy.
Obaw po przerwie na kadry narodowe miałem sporo, entuzjazmu zaś niewiele, ale to co zobaczyłem w powtórce pozwolił mi zregenerować siły przed decydującą fazą sezonu. Nie chodzi tylko o pięć goli, lecz o sposób w jaki wynik został osiągnięty. Dominacja przez pełne 90 minut, praktycznie żadnego zagrożenia ze strony Sunderlandu, interesująca gra w ataku i nawet Mario Balotelli nie zgrzeszył myślą, mową, uczynkiem bądź zaniedbaniem. Carlosowi Tevezowi udało się coś strzelić(oby na przełamanie), Johnson wrócił na boisko w stylu najlepszym z możliwych, a defensywa, z awaryjnym(i świetnym!) Boyatą na prawej stronie, pokazała tak charakterystyczną dla rzemiosła Manciniego klasę. Zachwycam się nie bez powodu - zespół potrzebował tego zwycięstwa jak tlenu. Pewności siebie przed starciami z Liverpoolem czy United nigdy za wiele.
(Alex Livesey/Getty Images Europe)
Powiecie, że Sunderland w kiepskiej formie i przegrał po trosze na własne życzenie. Zgodzę się, acz nie bez zastrzeżeń - ileż to razy graliśmy z zespołami słabszymi, zaciekle stawiającymi zasieki i zadowolonymi z remisu bądź skromnego prowadzenia? Lista meczów "dlaczego The Citizens nie będą mistrzami", wspominana przeze mnie wielokrotnie, jest długa i bezwzględna. Nawet osławione odejście od "trójki" defensywnych pomocników(jak wie każdy kto widział choćby kilka meczów City, Mancini nie stosuje 3 DM, gdyż Yaya Toure jest zorientowany ofensywnie) na rzecz czegoś w rodzaju 4-1-3-2(tu wariantów jest przynajmniej kilka) nie dawało oczekiwanych rezultatów. Naturalnie brakuje drugiego(lewego) nominalnego skrzydłowego, by móc przejść w to 4-2-4, które eksplodowało rok temu z Burnley i Birmingham(rekompensata Kolarowem nie jest aż tak skuteczna) i wydaje się, że The Citizens potrzeba czasu i większego zrozumienia na boisku, aby 'ofensywniejszy' wariant mógł być skuteczny. W niedziele wyszło wspaniale, co dobrze rokuje na przyszłe starcia z drużynami niżej notowanymi.
Pierwszy krok z ośmiu ku Lidze Mistrzów wykonany. Mając prawie wszystkich zawodników zdrowych i gotowych do gry Mancini ma z czego wybierać. Nadal czekam na faktyczne przebudzenie Teveza , swoje parę groszy powinien dodać Dżeko(najlepsze i tak pokaże w przyszłym sezonie), ale najbardziej liczę na Adama Johnsona . Jego powrót może zaważyć o naszym losie w tym sezonie, zarówno w lidze, jak i Pucharze Anglii. Zobaczcie pierwszy gol z Czarnymi Kotami a zrozumiecie, o co chodzi. Roberto Mancini słusznie prawi, iż Adam jest właściwie jedynym zawodnikiem, który wchodząc z ławki ma umiejętności, aby zmienić oblicze spotkania. I wcale mnie nie zaskoczy Gareth Barry w jego miejsce na poniedziałkową wojnę w Liverpoolu. Co ważne, do Manchesteru wrócił Pablo Zabaleta, miejmy nadzieję, że nie będzie już musiał latać do Argentyny, a powrót jego ojca do zdrowia będzie przebiegać pomyślnie. Richards podobno da radę się wykurować na derby, pożyjemy, zobaczymy, choć nie ukrywam, że to mój faworyt na prawą stronę... i naszego menadżera również.
Tak, to może być przełomowy moment sezonu 2010/2011 dla Manchesteru City i Roberto Manciniego, który jest bardzo bliski zapewnienia sobie posady na przyszły rok. Czyli zgodnie z moimi oczekiwaniami ;-)
wtorek, 05 kwietnia 2011, angamoss