Największym paradoksem wczorajszych derbów był niewątpliwie gol Wayne'a Rooney'a. No bo jak to, napastnik będący cieniem samego siebie z zeszłego sezonu strzela gola roku po tym, jak najlepszy i praktycznie bezbłędny obrońca rywali w kluczowym momencie pośliznął się i nie mógł po raz kolejny ze spokojem wybić piłki? Niepojęte. Aż musiałem odpuścić sobie wczorajszy wpis 'na gorąco'. No bo cóż mogłem napisać? Futbol jest okrutny i niesprawiedliwy? Ugiąć się pod falą ochów i achów nad golem Shreka? Albo znów przyjąć na kibicowskie serce hektolitry pomyj i szyderstw ze strony czerwonych?
Dajcie spokój. Nawet remis Farselony nie poprawił mi humoru.
Dziś jest lepiej.
Na duchu podnosi mrowie pozytywnych komentarzy kibiców The Citizens. To nie był najgorszy mecz w naszym wykonaniu. Zasłużone owacje na stojąco dla Kompany'ego i Richardsa. Boss nie czekający ze zmianami i odważnie wpuszczający ofensywnych zawodników w miejsce tych, którzy zawiedli. Team spirit, gdy przyszło gonić niekorzystny wynik, choć zabrakło podejścia "jeśli chce się zremisować, trzeba grać o zwycięstwo", mam tu na myśli fragmentów po wyrównaniu, kiedy przejęliśmy kontrolę nad spotkaniem i ... no właśnie, czegoś zabrakło, aby pokonać Van der Sara. Nie potrafiliśmy przekuć przewagi na gole i wobec United, gotowych wygrywać wbrew sprawiedliwości i zdrowemu rozsądkowi, krzywda City musiała się stać.
Taktycznie rzecz ujmując Ferguson odrobił lekcję i ciężar gry jego drużyny oparł na skrzydłach. I Nani, i nieśmiertelny Giggs(+Evra) nie mieli większych kłopotów z ogrywaniem bocznych obrońców The Citizens. Wąskie ustawienie defensywnych pomocników oraz brak de Jonga, który zawsze asekuruje odsłonięte ustawieniem zespołu strefy boiska, pozwoliły wspomnianej dwójce na, że tak się wyrażę, nieskrępowaną penetrację. Dzięki temu jeśli piłkarze United już piłkę posiadali, to bez problemów mogli dostarczać ją Rooney'owi, co raz przyniosło tak ważki skutek dla przebiegu spotkania. Łudząco przypomina to porażkę City z Wilkami czy remis na White Hart Lane. Tam również bardzo szeroko grający gospodarze praktycznie z każdej akcji mogli oddać strzał na bramkę, albo bardzo groźnie dośrodkować czy też po prostu przebojowym rajdem wbić się w pole karne. Spójrzcie chociaż ile goli strzelili nam czerwoni po dośrodkowaniach...

Zawodnikom City w ofensywie brakowało różnorodności. Czasami zamiast bić głową w solidny mur(słusznie nie cieszyłem się z braku Ferdinanda, bo Smalling zagrał znakomite zawody), lepiej go po prostu przeskoczyć. Pchamy się na siłę środkiem, a gola przyniosła nam akcja oskrzydlająca, w dodatku zrobiona przez dwóch wprowadzonych zawodników - dośrodkowywał SWP, a Dżeko nastrzelił plecy Silvy. Nie strzelaliśmy z dystansu, Kolarow istotnie nie miał dnia, a i nie kreowaliśmy mu szans na potężne kropnięcia z 20-25 metrów. No i zdumiewa mnie, jak zespół z takimi gigantami w składzie zdobył zaledwie dwa gole w tym sezonie z rzutów rożnych. Siedem kornerów i praktycznie żadnego zagrożenia. Czas wykorzystywać inaczej Edina Dżeko, nie tylko w typowych klepkach, ale przede wszystkim jego wzrost i grę głową, na przekór statystykom z Bundesligi. Trzeba próbować. Kto tego nie robi, nie kupuje losu na loterię jak w starym kawale, nie może wygrać.
Choć derby urzeczywistniły pewna prawdę nie taki czerwony diabeł straszny, jak go malują. To był mecz do wygrania i mimo pewnych pozytywów powinniśmy o tym pamiętać. Roberto Mancini powoli uczy się na swoich błędach, wcześniej sam na siebie narzekał, iż zbyt późno dokonywał korekt, teraz nie czekał zbyt długo na wprowadzenie nowych zawodników, chciał wygrać mecz i to mi się podobało. Defensywna(?) postawa od pierwszej minuty nie była konieczna, choć gdyby Silva strzelił... no cóż, w takie spekulacje bawić się nie będę. Gol nie padł, a spotkanie ułożyła się kompletnie inaczej. To United wykorzystali szanse i wygrali to fantastyczne swoją drogą, spotkanie.
Czas na przygodę z pucharami. To dobry kalendarz. Lepiej odpocząć od ligi i spokojnie przejść drużynę z Salonik oraz strzelić parę goli ekipie z Nottingham, a dopiero potem wrócić do Premiership. Poprzednia porażka z United z rąk Rooney'a(półfinał Carling Cup) spowodowała passę przeciętnych spotkań i niedostatecznych wyników. Wojaże powinny w spokoju pozwolić odbudować się psychicznie drużynie przed powrotem Marka Hughesa na CoMS pod koniec miesiąca.
PS Jak dobrze móc nie pisnąć ani słowa o pracy arbitrów!
niedziela, 13 lutego 2011, angamoss