Nie jestem wybitnym znawcą kinematografii i próby pisania jakiejkolwiek recenzji filmu Blue Moon Rising byłyby dla mnie błądzeniem po omacku, zwłaszcza, iż widzem jestem bardzo emocjonalnym, a Blue Moon Rising bez wysiłku mnie wzruszył. To przecież historia najważniejszych momentów zeszłego sezonu w wykonaniu mojego ukochanego klubu, kampanię, którą nieomal w całości przeżywałem tutaj na blogu stąd krytyk ze mnie po prostu nieobiektywny.
Paradokument reżyserii Stewarta Sugga na pierwszym planie stawia fanów. I tych zwykłych, pijących piwo w drodze vanem na mecz, przezywających wzloty i upadki swojej drużyny, i Noela Gallaghera, który na pierwszy mecz półfinałowy Carling Cup przyleciał specjalnie z RPA. Ta perspektywa pozwala spojrzeć na klub od innej strony poza medialnym szumem i wielkimi decyzjami są tez przeciętni ludzie, którzy wydają swoje pieniądze, aby futbol spod znaku Błękitnego Księżyca oglądać. Choć w ich przypadku nie chodzi o prostą rozrywkę, bo historia The Citizens splata się z ich własnym losem. Tu olśniły mnie świetne reminiscencje z niektórych sukcesów i porażek City, zwłaszcza ta traktująca o meczu z Gillingham z 1999 roku. Zdawało mi się, że bez TEGO gola Dickova nie da się mówić o Wembley99, a tu proszę bardzo da się jak najbardziej. W ten sposób Blue Moon Rising odzwierciedla filozofię funkcjonowania Manchesteru City patrzeć w przyszłość, ale nie zapominając o przeszłości(vide wizyta Booka i Buzzera w Zabrzu). Co jeszcze Sugg chciał pokazać? Ano, kompleks United, bez których The Citizens nie istnieją mimo szczerych antypatii.
34 years and counting
Życie w cieniu bogatszego w sukcesy rywala ma swoje plusy każde zwycięstwo smakuje wybornie przez lata, pogoń za lepszym jest zawsze ciekawsza, niż próba utrzymania się na szczycie. No i ten baner na Old Trafford, który w obecnej sytuacji City doprowadza mnie do szału chce się krzyczeć, że za chwilę go zerwiecie, a na CoMS zawiśnie identyczny ;-) Tak, Blue Moon Rising to też marzenie o strąceniu Fergusona i United z piedestału. To już nie tylko epizod walki o nową tożsamość, ale wręcz połowa tego, co nas, kibiców, napędza do każdego spotkania. A wydawałoby się, że to tylko głupi sport, gdzie 22 facetów ugania się za piłką, a i tak wygrywają ci, co strzelają gola w Fergie Time ;-) Kiedyś udawało się wygrywać, a mimo to być wciąż przeciętnym klubem środka Premiership. Teraz nadszedł czas, nowa era, aby i wygrywać w derbach, i sięgać po trofea, których brak tak mocno nam doskwiera.
A na koniec, jak w jednej ze scen filmu, można iść za rękę z dziewczyną, która prócz nas ma jeszcze United w sercu i diabelską koszulkę na sobie ;-)
Z drugiej strony
Nie mogę nie myśleć o Blue Moon Rising jako o produkcie speców od marketingu . Ładnie zapakowanym, z niezłą zawartością, ale wciąż efektem pracy sztabu zorientowanego no konkretne wyniki. Nie wiem jednak, czy film przyniósł oczekiwane efekty. Trudno to ocenić choćby z tego względu, iż BMR jest w gruncie rzeczy tylko elementem całego procesu przemian Manchesteru City z marki lokalnej w globalną i tak ja to widzę zwieńczeniem kampanii przeciwko establishmentowi BIG4. Że w ostateczności założonego celu nie udało się osiągnąć a nic lepiej tego nie obrazuje jak nie otwarte butelki szampana na pustym CoMS po meczu z Tottenhamem to nie zmienia faktu, że cały pion odpowiedzialny za wszelkie akcje skierowane w stronę kibiców wykonał świetną robotę. Dzięki tytanicznej pracy, od nowej strony internetowej, przez fanpejdża na Fejsbuku, bardzo aktywne konto na Twitterze, Welcome to Manchester, aż po nowe projekty cityTV(ciekawe, czy będzie płatne tak jak TV Arsenalu) czy cityecademy , Manchester City rozwija się szybko i w dobrym kierunku(5. miejsce w twitterowej i fejsbukowej tabeli mówi samo za siebie). Do najpopularniejszych klubów w Anglii naturalnie jeszcze nam daleko i nie sądzę, aby dopadnięcie czołówki było zwykłą kwestią czasu, nawet jeśli w perspektywie kilku lat jesteśmy skazani na sukcesy. Zresztą, nie chodzi tu o cyferki, ale o to, co kibice mają w sercu, a na ten rodzaj szacunku będziemy czekać jeszcze długo.
Jedno za to wiem na pewno: to nie jest historia z cyklu 75% posiadania piłki(tak tak, do was piję), bezproblemowe zwycięstwa i trofea klubu wpisane w brzmienie jego nazwy: przyjdź do nas, kibicuj nam, a sukcesu doświadczysz. To jest City, tu nigdy nic nie szło gładko, ale mamy grupę ludzi gotowych zrobić wszystko, aby odmienić ten stan rzeczy, wejść na szczyt, zrzucić United i oczywiście zapanować nad światem! ;-)
piątek, 10 grudnia 2010, angamoss