Rozdęte do granic możliwości oczekiwania wobec derbów Manchesteru miały sprawić, że będzie to mecz kosmiczny, z dramaturgią godną Hitchcocka i wybuchami emocji porównywalnym do supernowej. Kibice nie związani z klubami zawiedli się, czemu zresztą nie można się dziwić, skoro najlepszą okazją do tego, aby w końcu coś wpadło był strzał z rzutu wolnego, poza tym bida, panie, aż piszczy. Środowe 90 minut na CoMS nie umywa się do pierwszych pięciu na tym samym stadionie z Arsenalem, niestety.

Wielu się wręcz obraziło na Manciniego, że nie zaryzykował i nie postawił na atak, albo twierdzą, że nie chciał wygrać tego meczu . Otóż mając na uwadze ostatnie derby i klęski tuż przed końcowym gwizdkiem, nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż szaleństwo w postaci zmian ofensywnych skończyłyby się równie tragicznie, albo i jeszcze gorzej. Ci sami narzekacze pewnie cieszyli się , gdy identyczną taktyką i składem(z drobną różnicą) udało się pokonać mistrza kraju. W środę plan był bardzo podobny i osobiście nie mam pretensji do Roberto, iż tak zadecydował. Po trzech porażkach z rzędu i przełamaniu z WBA nie mógł sobie pozwolić na zwycięstwo United, gdyż nieuchronnie uruchomiłoby to kolejną lawinę spekulacji na temat jego posady w The Citizens. Mancini liczył na magię Davida Silvy i Teveza, wspartego Milnerem i Yayą Toure. Bez wstydu należy przyznać, że defensywa United spisała się znakomicie, podobnie zresztą jak nasza własna zamknięcie spotkania polegało na świetnej asekuracji jej zabrakło Chelsea, kiedy Milner odebrał piłkę Ramiresowi , z czego padł jedyny gol tamtego popołudnia. Wracając do środy, z trudem przypominam sobie sytuację, żeby którakolwiek ze stron miała akcję typu trzech na trzech. Obie ekipy jak za pierwszej wojny światowej siedziały w okopach czekając, aż to przeciwnik dostanie rozkaz do samobójczego ataku na bramkę rywala. Ferguson, co by nie mówić, też się do tego przyczynił, dopiero w krytycznej fazie United zaangażowali więcej zawodników w ofensywę i chyba nikt mi nie powie, że to nie była rozmyślna strategia?
Mancini nie mógł nie zauważyć, że mimo zagęszczenia w środkowej strefie to czerwoni mają przewagę. Wystarczy spojrzeć na Guardianowskie chalkboards i porównanie liczby podań oraz stref, gdzie zespoły je wymieniały. 45% United na własnej połowie przy aż analogiczne 62% City mówią wiele. Wyższy przessing gości zmusił Błękitnych do bezproduktywnego krążenia piłki między defensorami(brak ruchu bez piłki też swoje zrobił). Kiedy zaś United atakowali, Mancini najwyraźniej chciał ich wciągnąć na swoją połowę i w odpowiednim momencie skontrować.

Zonal Marking wskazuje również na posuchę na skrzydłach. Nani wespół z Rafaelem jeszcze starali się cokolwiek zdziałać, w City ta kooperacja nie funkcjonowała najlepiej. W zasadzie graliśmy jednym skrzydłowym Jamesem Milnerem, który biegał po obu stronach boiska starając się wychodzić na pozycję godną mistrzowskiego podania Silvy. Te jednak nigdy nie nadeszło. Zmiana na Adam Johnsona też na niewiele się zdała, poza jednym rajdem, młody Anglik niczym szczelnego bloku United zaskoczyć nie mógł. Oba zespoły grały na remis(badź, mówiąc sprawiedliwiej, nie chciały przegrać za żadne skarby) i takowym rezultatem zakończyło się to spotkanie, dodam jedynie, iż z lekkim wskazaniem na Manchester United.
Udało się w ten sposób nie stracić gola po raz drugi z rzędu i ten fakt w związku z seryjnia traconymi golami należy docenić. Już jutro na CoMS przyjeżdża Birmingham City, kolejny zespół z dolnych rejonów tabeli, z którym przyjdzie się nam zmierzyć. Do tej pory graliśmy już z Wigan(2:0), Blackburn Rovers(1:1) i Wilkami(pamiętne 1:2). Drużyna Owena Coyle'a dokonała w dwóch poprzednich spotkaniach rzeczy wielkiej - przegrywali już 0:2 i z West Hamem, i ze Stoke, w obu przypadkach udało im się doprowadzić de remisu. Punkt zyskali jednak tylko w starciu z czerwoną latarią ligi, gdyż Stoke udało się strzelić na 3:2 i przewrać swoją fatalną passę czterech porażek z rzędu.
Udało się w ten sposób nie stracić gola po raz drugi z rzędu i ten fakt w związku z seryjnie traconymi golami należy docenić. Już jutro na CoMS przyjeżdża Birmingham City, kolejny zespół z dolnych rejonów tabeli, z którym przyjdzie się nam zmierzyć. Do tej pory graliśmy już z Wigan(2:0), Blackburn Rovers(1:1) i Wilkami(pamiętne 1:2). Drużyna Owena Coyle'a dokonała w dwóch poprzednich spotkaniach rzeczy wielkiej - przegrywali już 0:2 i z West Hamem, i ze Stoke, w obu przypadkach udało im się doprowadzić de remisu. Punkt zyskali jednak tylko w starciu z czerwoną latarnią ligi, gdyż Stoke udało się strzelić na 3:2 i przerwać swoją fatalną passę czterech porażek z rzędu.
W zeszłym sezonie u siebie roznieśliśmy gości z Birmingham aż 5:1, ale nic nie zapowiada, aby ten rezultat miał się powtórzyć. Poważnie wzmocnienia City Żigić, Hleb, Ben Foster(jego drogą powinien w zimie pójść Kuszczak ) jeszcze nie zaskoczyły(może poza Fosterem) na tyle, aby klub piął się w górę tabeli, wydaje mi się, że to jednak kwestia czasu. Ostatni raz Birmingham oglądałem podczas derbów tego miasta, które tylko końcowym kwadransem były lepsze(i to na korzyć Aston Villi) od tych ze środy. Cóż, jeśli Carr będzie równie nieustępliwy, a napastnikom gości dopisze więcej szczęścia, mogą powalczyć o dobry wynik na CoMS. Mancini pewnie dokona drobnych korekt w wyjściowym składzie, być może zobaczymy od pierwszej minuty Kolarowa, nie zaskoczą mnie również Adebayor, Richards i Johnson. Po satysfakcjonujących rezultatach z WBA i United oczekuję pójścia za ciosem i trzech punktów jutro. Koniecznie!
piątek, 12 listopada 2010, angamoss