Wszyscy jesteśmy terapeutami. Zupełnie niechcący. To znaczy, w większości jesteśmy raczej antyterapeutami. Co ilustruje poniższa historyjka.
A. z historyjki to nie ja, chociaż też na pierwszą literę alfabetu się nazwałam. To taka pojemna litera.
A. zadzwoniła ze szpitala gdzieś godzinę temu.
A: Co widać przez okno bez krat?
Ja: Śnieg padał, ruch na ulicy duży, co do reszty nie wiem, bo akurat mam pilną pracę, to jestem nią pochłonięta i nie zajmuję się niczym innym, nawet w internecie mniej bywam.
A.: Co u ciebie słychać?
No to opowiadam o tej pracy trochę, bo to optymistyczny przekaz jest.
Ale ona wcale tego nie chce słuchać. Ona chce mówić jak jej źle, mąż nie chce wypisać jej ze szpitala, w szpitalu dno.
Ja na to, że mężowi się nie dziwię, bo on nie chce, żeby znowu się zabijała.
Jak by tak przewartościowała swoje spojrzenie na własną osobę i rzeczywistość, to by wyszła ze szpitala. Wiem, że to trudne.
Połączenie się nagle przerwało.
Za chwilę sms:
"Sama się przewartościuj, ja pierdolę".
Przepraszam za słowo na "p", to cytat.
Hm.
środa, 18 stycznia 2012, almetyna