- Znów się upiłeś. Jak za dawnych czasów... Musimy się spotkać, może pod wieżą, tam gdzie zwykle?
- Nie mam nastroju albo czasu... cokolwiek. Nie chcę się z tobą widzieć.
- Dlaczego?
- Chyba za dobrze mi się kojarzysz. Trochę z czasem szczęśliwości.
- To źle?
- Nie... chyba - właściwie źle, bo za każdym naszym spotkaniem mam ochotę już tam zostać. Patrzeć na czubek buta i myśleć o tym, że mógłbym go oglądać codziennie. Unikam takich myśli - to przecież jest nienomalne. Człowiek w moim wieku, z takimi przeżyciami nie może widzieć tylko czubka buta innej osoby. Co innego gdybyśmy patrzyli sobie w oczy. Mógłbym powiedzieć, że Cię kocham, że tęsknię za całonocnymi rozmowami. Za tymi wszystkimi dyskusjami o predyspozycji do szczęścia w pojedynkę i szczęściu we dwoje mimo wszystko. Każde osobno, każde - gdzieś tam - razem marzące o końcu. Nie - raczej o czymś w rodzaju restartu - takiej funkcji jak w komputerze. Wiesz - naciskasz guzik i wszystko startuje od początku. Możesz podejmować inne decyzje, spotykać innych ludzi, pić mniej lub coś innego. Wtedy poszedłbym tą ulicą cztery lata wcześniej, to ja bym Cię wtedy spotkał. To ja bym teraz siedział i zaglądał ci przez ramię co czytasz i od kogo ta wiadomość. To ja bym zdejmował włosy opadające tobie na szyję, to ja składałbym życzenia na święta twojej rodzinie, ja bym nosił twój znak gdzieś między lewym a prawym płucem. To mnie byś się wstydziła w tajemnych spotkaniach z przyjacielem. Jak bym się wtedy czuł? Mniej czy bardziej samotny? Szczęśliwy czy zakłopotany wiedzą, że oczekujesz czegoś innego niż to, co każdego dnia widzisz za oknem naszej wspólnej sypialni? Nie wiem, chyba nie chcę... Tak jest lepiej. Zresztą marnej fizyczności nie da się przeskoczyć niebanalną umysłowością czy duchowością - więc nawet marzenia są poza zakresem marzeń, które wypada śnić.
- Zmień zdanie... proszę.
- Zdania nie zmienię. Mogę zmienić kilka słów...
środa, 22 lipca 2009, j.sparrow