I nie odszedł, by nie powrócić. Nie upadł, by nie wstawać i nie udowadniać, że potrafi. Nikt go nie dostrzeże, bo nie po to się wszedł w ciało, by wytykano go palcami. Swemu bratu młodszemu świadczył, że miłuje i nic go nie powstrzyma przed miłością. Nie mówił mądrości, by nie sądzono, że mądrość to narzędzie boskie i tylko przez boga do zdobycia możliwe. Nie mówił o bogu, by nie pętać cudzych myśli, wierzeń i wyobrażeń. Nie obchodziły go wojny, bieda, głód, problemy ludzi i jego samego. Nie płakał gdy działa mu się krzywda i nie oddał za nic życia. Pragnął jedynie żyć z tym co zwą jedynym i prawdziwym, ostatnim bastionem człowieczeństwa i powodem wielkości szczęścia. Pragnął żyć z jedyną niepodległą istotą, od której sam się uzależniał i która była jego płucami, by mógł oddychać; jego oczami, by widzieć mógł przeszkody dnia codziennego i by pomagała mu je przezwyciężać; jego uszami, by słyszał najwięcej to, czym oboje istnieli sercem był, by móc życie jej podarować i by jej życie pochłonąć w jednej duszy, dwóch ciałach; jednym świecie wielu wymiarach, ale tylko jednym ważnym, jedynym prawdziwym i nienamacalnym zarazem, transcendentnym i prostym w swej istocie.
Napisał pierwszy list, pierwszą opowieść i na tym się skończyło, więcej słów nie trzeba, nie można bo słowa, jak to słowa, są tylko przekaźnikiem, kodem, którego po pierwszym już nie potrzebują. Splątani w uścisku, w jednym owocu stworzenia obracając się wciąż do słońca bo miłość nie polega na tym by ciągle patrzeć na siebie, lecz by zawsze patrzeć razem w tym samym kierunku.
niedziela, 11 listopada 2007, j.sparrow