Akcja "Gazety" - Mój kawałek Europy. Duńskie Aarhus nie jest idealne, ale właśnie takie Kielce widzę za kilka lat. Nie tylko bogate, czyste, europejskie, ale przede wszystkim potrafiące wykorzystać swoje atuty. I kielczan uwielbiających swoje miasto.
Byłem jednym z 21 reporterów "Gazety", którzy rozjechali się po całej Europie podglądać bliźniacze miasta. Wybrałem Aarhus w Danii i zamieszkałem tam przez dziesięć dni. Nie pojechałem tam jednak, żeby szukać dowodów, że Kielce to europejska wiocha. Że, mimo iż jesteśmy w Unii, do europejskich standardów ciągle nam daleko. Pojechałem po dobre pomysły, bo wierzę, że w naszym mieście można żyć lepiej.
Ktoś powie: nie ma porównania, tam mają więcej pieniędzy. To tylko część prawdy. Jasne, w ciągu roku nie wybudujemy takich dróg i tylu podziemnych parkingów. Ale nie tylko o to chodzi.
Nie trzeba wielkich pieniędzy, żeby budować drogi od razu ze ścieżkami rowerowymi. I zachęcać mieszkańców do tego środka transportu, za darmo wypożyczając im rowery. Tak samo jak nie potrzeba ich, żeby właściciele kamienic i bloków co dwa tygodnie usuwali graffiti, a właściciele psów sprzątali po swoich ulubieńcach.
Najważniejsze siedzi w głowach mieszkańców. W Aarhus uderzył mnie wzajemny szacunek: kierowców do pieszych czy instytucji do obywateli. Podglądałem i podpytywałem mieszkańców. Rozmawiałem z urzędnikami i zarejestrowałem samochód w urzędzie, w którym akurat popsuł się elektroniczny system obsługi klientów.
Przekonałem się, jak bardzo Aarhus przypomina Kielce. Podobna liczba mieszkańców, główna ulica skupiająca życie, niewielka rzeczka, miasto dumne ze stadionu piłkarskiego (brzydszego niż nasz przy Ściegiennego!), piłka ręczna na wysokim poziomie. I tak jak u nas co czwarty mieszkaniec to student. Mało tego, przed rokiem w Aarhus strajkowała miejska komunikacja, bo załoga bała się przejęcia przez firmę związaną z Veolią Transport! Skąd my to znamy!
Najbardziej zaskoczył mnie jednak fakt, że życie nie zamiera po zmroku. I to nie tylko w centrum. I że jest bezpiecznie, a wszyscy zwyczajnie uśmiechają się do siebie. To nie jest miasto, z którego ucieka się do Kopenhagi. Co więcej, to do Aarhus na weekend przyjeżdża się ze stolicy Danii. - Tu jest bezpieczniej, fajna atmosfera do zabawy, ludzie są sympatyczniejsi - tłumaczył mi 45-letni Lars, którego spotkałem na ulicy, gdy razem z przyjaciółmi tańczył przy samochodzie. Była gdzieś 23, auto stało przy głównej ulicy, a wszyscy przechodnie ich pozdrawiali. Wyobrażacie sobie coś takiego na Sienkiewicza?
Różnic dostrzegłem więcej. Nie zapomnę zdziwienia, jakie wywołało w ratuszu moje pytanie o samochód służbowy burmistrza Nicola Wammena. - Burmistrz nie ma samochodu służbowego, jeździ prywatnym - odparł Niels Buch Johannsen, szef wydziału prasowego miasta. - Ale nie swoim prywatnym, bo go nie ma. Wozi go własnym samochodem jeden ze strażników miejskich. Ratusz zwraca mu tylko za paliwo. Chcesz, pokażę ci ten samochód - zaproponował Johannsen i zaprowadził mnie na parking, wskazując na kilkuletniego volkswagena passata. Gdy powiedziałem mu, jakim autem jeździ prezydent Kielc, zapytał tylko ze zdziwieniem: - Radni się zgodzili?
Żeby było jasne - nie twierdzę, że Aarhus to europejska idylla. Tam też narzekają: na obcokrajowców, którzy stworzyli niemal getto, na problem narkotyków w szkołach średnich, na remontowane w ciągu dnia ulice.
Ale z opowieści o Aarhus dużo można się dowiedzieć o Kielcach, o nas samych. Dlatego w najbliższych dniach postaram się pokazać jak najwięcej tych opowieści. To nie będą statystyki, raczej historie ludzi, których tam spotkałem i którzy mi opowiedzieli o swoim mieście.
Wiem, że szybko nie nadrobimy kilkudziesięciu lat pracy, jaką Duńczycy włożyli w rozwój. Ale możemy skorzystać z ich doświadczeń, a niektóre pomysły wręcz przenosić do Kielc. Mamy szansę, bo nawet chłodni Duńczycy mówią, że Polska szybko się zmienia
poniedziałek, 12 listopada 2007, marcin.sztandera