Ostatnie dni zajmuje mi opanowywanie szaleństwa, jakie rozpętało ostatnie miłosne oczarowanie. Mam godziny euforyczne, mam godziny spokojne, najwięcej smutnych, z łatwego do prześledzenia powodu. Spokój daje mi oglądanie fotografii(najbardziej tych modowych) - jak zawsze - widzę w nich ludzi silnych i szczęśliwych z tego, co mają. Chciałbym mieć ich siłę.
Długo rozmyślam w późną noc i te przemyślenia co noc dają mi spokój. Moje noce są spokojne, ale dnie rozgorączkowane, nieukojone i łapczywie nieszczęśliwe. Gdy widzę parę nastolatków w metrze, ściśniętych w półobrocie i tłumaczących sobie swoje emo-sprawy czuję grobową rozpacz, ogarnia mnie czarnowidztwo i płaczę, gdy nikt nie widzi. Potem na powrót jakaś myśl o przewrotnej genealogii mnie ratuje z tarapatów. Tarapaty są ruchliwe. Tarapaty nie śpią.
Teraz już złapałem pewną równowagę wewnętrzną(aż strach o tym pisać, żeby nie minęło). Próbuję sobie przypomnieć zalotne znaki, które ja zmilczałem, ale nie pamiętam żadnego. Nie notuje się ich w pamięci. Nie robi się list odrzuconych. Chłopcy za mało piękni, za mało ciekawi zrobili za mało, nie zaistnieli, cukiernia przy metrze racławicka(tam kupiłem rożki rumowe na pierwszą kolację przy świecach) nie przywołuje wspomnień o kimś takim. Dlatego nie winię Bartka(przeklęty!) i koniec już z tym.
niedziela, 20 grudnia 2009, guermantes