Mam ochotę napisać o drobiazgu o istotnych konsekwencjach, który zmienił postać rzeczy między mną a Bartkiem, choć obawiam się, że to nazbyt solipsystyczne, by przybrało uniwersalnie zrozumiałą formę. Gdy Bartek wchodził do mojego pokoju, wstydziłem się wszelkich przejawów mojej ekscentrycznych i wybujałych gustów(np. plastikowego ananasa obok bozi bez twarzy) a także znaków mogących poddać w wątpliwość fakt bycia przeze mnie idealnym kandydatem na męża(poppers). Teraz dopiero, w wyniku archeologii wymuszonej rozstaniem, zdaję sobie sprawę z moich uwypukleń. Miałem stracha by być w pełni sobą, bo się przejaskrawiam, dogmatyzuję i dramatyzuję. Nie zdawałem mu relacji z dziwactw, obsesji(chyba, że były to obsesje ułożone i do przyjęcia), trzymałem się standardu. To mnie ograniczało i wprowadzało napięcie w moje esemesy, kaprysy i szeptania do ucha. Przy nim chciałem być domowy, zwyczajny, bezpieczny. Formuła "Nie zaskoczę cię, ty też mnie nie zaskakuj" odbierała wolność, którą w zamian zabrać chciałem również jemu. Dziś widzę to zupełnie wyraźnie. Nie zdobywałem go, ponieważ zdobywanie wywołuje niebezpieczeństwo, niepewność i niestałość. Pragnąłem przyszpilonego motyla a nie łobuzerskiego wariata.
niedziela, 20 grudnia 2009, guermantes