Czasu pozornie mamy coraz mniej, jesteśmy zabiegani, najczęściej słyszana wymówka to "nie mam czasu". Aż tu przychodzi pewien wiosenny weekend kiedy bezczelnie kradziona nam jest jeszcze jedna godzina z życia i to w majestacie prawa. Teoretycznie oddadzą mi ją jesienią, ale do jesieni to ja nie wiem czy dożyje. Oficjalnie nazywa się to "przejście z czasu zimowego na letni", dla mnie to nic innego jak godzina snu mniej, bo najczęściej odbywa się to kosztem mojego snu. Wynalazek ten wymyślono w Niemczech w roku 1916 w celu efektywniejszego wykorzystania światła słonecznego za dnia, a co za tym szło, oszczędności energii. Może i wtedy było to dobre, ale odkąd powszechnie stosuje sie klimatyzatory, argument oszczędzania energii idzie w diabły. Kolejny to bezpieczeństwo na drogach, im jaśniej tym bezpieczniej. Jest w tym troche racji, jednak zważywszy, że obecnie największe natężenie ruchu odbywa się w godzinach od 7 do 9 rano, oraz od 16 do 18 po południu (kiedy i tak jest na tyle jasno, że widze sąsiednie wioski z okna mieszkania), myśle że nie warto robić bałaganu w rozkładach jazdy pociągów i lotów samolotów, gdyż jest to kosztowne i wbrew pozorom dosyć skomplikowane. Jak ktoś się ma zabić za kółkiem, to i tak tego dokona. Zresztą Japończycy nie zmieniają czasu i żyją. Chiny też. I Indie. W sumie to tylko Europa, Rosja, Usa, Kanada i pół Australii mają taki kaprys uderzający bezpośrednio w moją osobe. Ale cóż... jestem obywatelem i częścią tego systemu, więc muszę się dostosować. Teoretycznie narusza to moje prawa jako człowieka, ale odbierając pare lat temu dowód osobisty, czy wsześniej paszport: "widziały gały co brały".
sobota, 24 marca 2007, 85pawel